Taraplessa „Pomiędzy”

Bywa, że życie szykuje nam wiele niespodzianek nawet wtedy, gdy wydaje się, iż osiągnęliśmy już ten jego etap, na którym pula nieoczekiwanych wydarzeń powoli się wyczerpuje. Miłość zawiodła autorkę aż na drugi kontynent. Tam doświadczyła ona zapierających dech w piersiach cudów, ale też odejmujących mowę nikczemności. Wezwana do tego, by stanąć w obronie Temidy, rozpoczęła nierówną walkę o prawo i dla prawa, starając się jednocześnie zachować wiarę w porządek świata. Dążyła do prawdy wobec zręcznych oszustw. Odważnie broniła swoich poglądów, by nie dać się pochłonąć przekonaniom innych. Jak dalece można posunąć się w swej niezależności? Czy zaangażowanie i poświęcenie są w stanie złamać system? Ekonomista Ludwig von Mises, parafrazując łacińską sentencję, powiedział: Fiat iustitia, ne pereat mundus – „Niech sprawiedliwość stanie się, aby świat nie zginął”. Niech ta książka stanie się lekturą dla wszystkich, którym na takim porządku zależy.

Piszę z myślą o tych:

– którzy zaistnieli w moim dotychczasowym życiu,
– którzy myślą, że w ich życiu już nic się nie wydarzy,
– którzy uważają, że kobieta jest jedynie „puchem marnym”,
– którzy zechcą pochylić się nad moją książką.

Autorka książki

Ewa Liwczynski

Jestem kobietą, córką kochanych rodziców, kochającą matką, żoną wspierającą męża, obywatelką Polski i Australii, osobą szanującą prawo i moralność. Lubię i respektuję ludzi, którzy są tego warci, kocham naszą Ziemię. Postępuję tak, jak wychowali mnie moi rodzice, zgodnie z ich zasadami…

{

Książkę dedykuję mojej rodzinie oraz tym, którym ktoś swoją niezależnością zrujnował życie.

– Ewa Liwczynski

Fragmenty książki

Strona 6

Jest 29 listopada 1990 roku. Za oknem zimny, pełen tajemniczości andrzejkowy wieczór, który spędzam wraz z moim mężem Krzysztofem i przyjaciółmi. Zaproszeni goście aktywnie uczestniczą w zabawach przygotowanych przez gospodarzy domu, spośród których pierwsze miejsce zajmują wróżby andrzejkowe. Słyszę, jak z pokoju obok woła rozbawiona Basia:

 

– Ewa! Ewa! Teraz twoja kolej.

 

W tym momencie podchodzi do mnie Andrzej i podając mi stary, ciężki, metalowy klucz, z tajemniczą
nutką w głosie mówi:

 

– Teraz twoja kolej, my już wiemy, co nas czeka w przyszłości.

 

Biorę do ręki znacznej wielkości klucz, a następnie, zgodnie z andrzejkową tradycją, przelewam przez jego pokaźne ucho rozgrzany wosk, który ląduje w stojącej obok miedzianej misce wypełnionej wodą. Patrząc na ten rytuał, z niecierpliwością oczekuję, aż nagrzana parafina zastygnie i wyjawi mi moją przyszłość.

 

Co takiego może się wywróżyć? – zastanawiam się. Mam męża, dzieci, dom, pracę – to jest chyba
wszystko, o czym marzy młoda dziewczyna.

 

Jednak po chwili, wiedziona kobiecą ciekawością, pochylam się nad ramieniem męża, by sprawdzić,
czy wosk już zastygł.

 

– Gotowe! – zawołała Basia, która zawsze stara się mieć wszystko pod kontrolą.

 

Nie czekając na aplauz ze strony gości, z triumfem podnoszę zastygły, choć nieco mokry i ciepły lak, by ujrzeć cień na ścianie, który pokaże mi moją przyszłość.

 

– Australia! Australia! – wołają wszyscy znajdujący się w mrocznym pokoju goście.

 

– Australia? – wyszeptałam.

 

– Tak, nie ma żadnej wątpliwości, Australia! – zdecydowanym tonem powiedział stojący obok
Andrzej.

 

Ona jest tak daleko… – pomyślałam z niepokojem.

 

Dziewiętnaście lat później…

Strona 203-204

Z pogardą spojrzałam na Dickensa i stwierdziłam, że na jego twarzy nadal widnieje ten obleśny uśmiech zwycięzcy.

 

Po chwili zaczął coś mamrotać pod nosem o wygranym i przegranym w procesie. Do moich uszu dotarło:

 

– Generalną zasadą jest, iż przegrany płaci wygranemu.

 

Gdy to rzekł, objęłam spojrzeniem sędziego, następnie ponownie skierowałam swój wzrok na Dickensa.

 

Wpatrując się w niego docierało do mnie, iż jest mu nieznana prawnicza maksyma wypowiedziana przez Quintus Ennius (239 – 169 p.n.e.):

 

„Nie jest zwycięzcą ten co zwyciężył, jeżeli zwyciężony nie uznał swej klęski” Korzystając z obecności tłumacza, wstałam i wypowiedziałam po polsku swoją opinię na temat wygranego i przegranego w tym procesie:

 

– To nie my jesteśmy przegrani. – Zrobiłam krótką przerwę. – Przegranymi w tym procesie są prawo i moralność.

 

Wszyscy anglojęzyczni ze zdziwieniem spoglądali na tłumacza w oczekiwaniu na przełożenie mojej „mowy”. Tłumacz – pan Tomasz, którego sobie bardzo cenię – wstał zakłopotany i zwrócił się do mnie w ojczystym języku:

 

– Ja tego nie przetłumaczę.

 

– Jak nie? – Spojrzałam na niego, nie ukrywając swojego zaskoczenia. – Jest pan tłumaczem, więc proszę to uczynić.

 

Po tej reprymendzie pan Tomasz, zgodnie z moją wolą, doniosłym i wzniosłym głosem powiedział:

 

– It’s not us who lost. In this process, unfortunately, it’s the law and morality that lost.

 

Na sali zapanowała głęboka cisza. Po chwili zakłóciły ją odgłosy wychodzącego sędziego, który w imieniu prawa i moralności zakończył proces…

w

ewa@taraplessa.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Prawa autorskie w całości należą do firmy Taraplessa.

Publikacja sfinansowana ze środków własnych.